"PAPIEROWE MIASTA" PAPIEROWYM FILMEM

14:14


Uwielbiam Johna Greena, uwielbiam Papierowe miasta, uwielbiam Care Delevingne... Dosłownie wszystko wskazywało na to, że ten film podbije moje serce, a jednak okazał się jednym, wielkim rozczarowaniem! Zmarnowany potencjał - to określenie idealnie oddaje mierną ekranizację fenomenalnej książki. Kiedy dowiedziałam się, że powstanie film na motywach tak dobrej powieści byłam zwyczajnie zdegustowana. Nagle moja opowieść, moja głębia stanie się pokarmem dla łaknących popularnych książek nastolatek. Nagle będę musiała  podzielić się ze światem czymś tak bardzo moim. Teraz już wszyscy będą myśleć, że pokochałam tę historię dopiero po obejrzeniu filmu. Filmu który zapewne i tak skopią, bo nie możliwe by byli w stanie oddać specyficzny klimat książki. Po prostu nie byłam na to wszystko gotowa. Ale siłą rzeczy obejrzałam zwiastun i właściwie przypadł mi do gustu. Jeszcze w kwietniu (albo może nawet marcu?) powiadomiłam przyjaciółkę, że idziemy zobaczyć Papierowe miasta. A Ewa jak to Ewa; jej dwa razy powtarzać nie trzeba. No więc poszłyśmy.

Marzenia vs rzeczywistość

Papierowe miasta to sztuczne wytwory, miejsca nie istniejące naprawdę. Quentin główny bohater historii jest zwykłym nastolatkiem pochodzącym z Florydy, nieprzerwanie od lat zakochanym w Margo, tajemniczej dziewczynie z sąsiedztwa, która skutecznie go ignoruje. A jednak którejś nocy  pojawia się w pokoju Q aby zabrać go na swoją ostatnią, licealną misję chcąc ukarać tych złych, nagrodzić tych dobrych, a przy tym doskonale się bawić. Dzień później Margo znika pozostawiając dla Q serię zagadkowych wskazówek. Jeśli jesteście spragnieni bardziej rozbudowanego opisu fabuły odsyłam Was do recenzji książki, którą napisałam w zeszłym roku.

Brak Margo w Margo

Przyznaję, że nie do końca wiem jak zabrać się za zrecenzowanie filmu. Nie mam pojęcia jak podejść do kwestii tego, że przy pisaniu scenariusza coś poszło ewidentnie nie tak. Po prostu jestem bardzo zdziwiona, że John Green zgodził się na naprawdę spore odstępstwa od fabuły i właściwie to tylko pożyczył komuś zarys swojej historii. A ktoś, tak jak przypuszczałam na początku zwyczajnie ją skopał. Cóż sądzę, że sama koncepcja nie była aż tak zła, w końcu role zostały naprawdę dobrze osadzone. Cara Delevingne nieźle spisała się w roli Margo, tajemnicza i momentami apatyczna. Szkoda tylko, że jak na główną bohaterkę pojawiła się w zaledwie w 1/3 filmu i pozbawiono ją tej niesamowitej siły jaką miała w sobie książkowa Magro... Do szału doprowadzała mnie za to filmowa Lecey. W książce obalała pozory jako, że ładna dziewczyna musi być pusta, a w filmie tylko potwierdziła ten stereotyp. O dziwo bardzo podobała mi się postać Bena. Jego żarty naprawdę ciągnęły film w górę i momentami cała sala zanosiła się przy nich śmiechem. Trudno też zarzucić cokolwiek muzyce, została naprawdę doskonale dobrana do gatunku. Dużym plusem jest także kolorystyka filmu. Przyznaję, że nie mam pojęcia jak dokładnie wyjaśnić tę kwestie, ale dla mnie bardzo istotne jest aby barwy oddawały klimat produkcji. W tym przypadku tak właśnie było. Fajnym dodatkiem była także epizodyczna, bo epizodyczna, ale jednak rola Ansela Elgorta znanego z ekranizacji Gwiazd naszych wina. I na tym plusy powoli dobiegają końca...

„Papierowy" scenariusz

Największym mankamentem filmu jest fakt, że całą historię zwyczajnie spłaszczono. Papierowe miasta to może nie do końca ambitna, ale na pewno głęboka książka. W tak, krótkim czasie jaki pozostaje na ekranizacje wydobywano z powieści jak najwięcej górnolotnych myśli, które przeciążyły całość i dosłownie spłaszczyły historię Q i Margo. Trudno konkretnie określić przesłanie książki, bo opowiadała jednocześnie o przyjaźni, miłości, akceptacji, wyobrażeniach jako naszym prywatnym przekleństwie, ale przede wszystkim, aż krzyczała do czytelnika: Żyj, aby nie pękły w tobie wszystkie struny! Film nic do mnie nie krzyczał. Po prostu przedstawił jakąś tam historię i skończył się szeregiem napisów pozostawiając mi przytłaczający niedosyt.

Należy wyraźnie zaznaczyć, że przekleństwem głównych bohaterów był fakt iż oboje coś do siebie czuli, ale wizja ich życia była zbyt odległa by mogli zostać razem. W filmie wyglądało to jednak tak jakby Q szalał na punkcie Margo, a ta w końcu z litości zaproponowała mu wspólną podróż...  Ale to co mówiąc kolokwialnie wkurzyło mnie najbardziej, to te liczne odstępstwa od oryginalnej fabuły. Zacznijmy od tego, że misja Q i Margo była bardzo istotnym elementem dla całej historii, a w filmie potraktowano ją zupełnie per noga, bo przecież lepiej było skupić się na długich i nudnych przemyśleniach głównego bohatera dotyczących zniknięcia dziewczyny... Zupełnie nie pokazano prawdziwych uczuć Q po odejściu Margo, jego ciągłych powrotów do historii człowieka, który na początku opowieści popełnił samobójstwo i obaw głównego bohatera, że ukochaną spotka ten sam los. A filmowy Quentin tylko sobie tęskni. Oprócz tego zmieniono bardzo wiele faktów z fundamentalnej podróży Q i jego przyjaciół. Na przykład nie wiadomo po co do paczki dołączyła także Angela, nie wniosła do fabuły dosłownie nic, no może poza rozdziewiczeniem Radera... Faktycznie bez tego, film nie mógłby powstać. Przede wszystkim według książki podróż odbyła się dopiero w dzień zakończenia roku szkolnego, więc bohaterowie nie spieszyli się z powodu chęci powrotu na jakiś tam bal, ale dla tego, że Margo miała niedługo zniknąć z miejsca, w którym aktualnie przebywała. W związku z tym  Q nie został porzucony na odludziu ze względu na fryzjera Radera i manicure Angeli. Tak o to podróż, która miała pokazać siłę przyjaźni postawiła całą paczkę w bardzo złym świetle...  Już nie wspominając nawet o Margo, która w filmie była bardziej zawiedziona niż zaskoczona wizytą kogoś na kim tak bardzo jej zależało. Szkoda słów.

Przepis na zniszczenie pięknej opowieści

Przez cały film czekałam na coś co zauroczy mnie tak bardzo jak zrobiła to książka. Niestety momentami zdarzało mi się odlatywać myślami do serialu, który aktualnie oglądam. A to na pewno nie świadczy o filmie najlepiej. On po prostu mnie znudził.  Jestem tak bardzo, bardzo rozczarowana, że aż nie chce mi się tego wszystkiego pisać. I sądząc po opiniach jakie poczytałam na filmweb nie jestem w tym uczuciu odosobniona. Ktoś może stwierdzić, że czepiam się bezpodstawnie, bo film zawsze będzie słabszy od książki. W porządku, ale przecież Gwiazd naszych wina udało się zekranizować nie zmieniając licznych faktów i nie ucinając istotnych fragmentów. A skoro w przypadku Papierowych miast bez tych zabiegów zmontowanie filmu było niemożliwe to trzeba było sobie odpuścić. Proste.

......................................................................................................

Widzałeś/aś „Papierowe miasta"? Jak wrażenia?

Fotografia we wpisie: wykonane przy pomocy strony Canva



You Might Also Like

10 komentarze

  1. Faktycznie popularność Cary bywa przytłaczająca, ale ma coś dziewczyna w sobie, trzeba jej to przyznać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety, nie widziałam filmu ani nie czytałam książki, także trudno mi się w tej kwestii wypowiedzieć. Jednak Twoja recenzja zniechęciła mnie zupełnie. Widziałam za to "Gwiazd naszych wina" i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczekiwania są źródłem naszych frustracji - ciągle powtarza mi to kumpel,,,, no ale jak nie oczekiwać nie pragnąć...

    OdpowiedzUsuń
  4. niedawno zaczęłam czytać tę książkę, ale book konczy się na 3 rozdzialne ;/ bardzo mnie zaciekawiła. muszę do niej wrócić

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam książki, ani nie czytałam filmu. Jednak lubię takie połączenia książka, a później film do obejrzenia. Jeśli zdecyduję się na książkę niedługo to chętnie sięgnę także po film, odwrotnie na razie nie chcę :) Bardzo ciekawi mnie jak Cara spisała się w tym filmie, dlatego chętnie się o tym przekonam sama :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Płaskie, bo płaskie, ale wciąż lepsze niż Gwiazd Naszych Wina, na tym filmie przynajmniej nie odliczałam minut do końca seansu. Szkoda, że reżyserowie przy obu filmach nie wysilili się, bo tak dobre książki dawały naprawdę duże pole do popisu.

    Pozdrawiam, Klaudia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi Gwiazd naszych wina w sumie się podobało :)

      Usuń
  7. Właśnie czytam "Papierowe miasta" i bardzo mi się podoba. Język jakim posługuje się autor jest na swój sposób bardzo magiczny i ciepły. Zastanawiałam się nad ekranizacją, ale widzę, że jak zwykle nie wyszło, a szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cóż, nic dodać, nic ująć. Świetnie opisałaś także i moje odczucia wobec filmu. Czekałam na premierę , choć bałam się, że „Papierowych miast” nie da się sfilmować tak, by zachować całą głębię i złożoność tej książki. I miałam rację niestety. Zmiany w fabule także mnie irytowały. A tak w ogóle to gdzie te togi absolwentów pod którymi miało nic nie być? ;) …Właściwie to jedyne co naprawdę mi się bezapelacyjnie podobało to aktorka grająca postać Margo. Dla mnie – rewelacyjna.

    OdpowiedzUsuń
  9. Też uważam,że film zepsuli.Książka była bardzo dobra:)

    OdpowiedzUsuń

Twoja wypowiedź to bardzo istotna część tej strony, śmiało dodaj coś od siebie :))

zBLOGowani.pl

Subscribe