DEKADENCKA PRAGA I BAŃKI MYDLANE (part 1)

19:42


Drodzy bloggerzy, zdarza Wam się czasem pisać posty z poczucia przyzwoitości? Pytam, bo za każdym razem gdy przychodzi mi stworzyć relację z podróży wymyślam miliony powodów przez które cały proces należy opóźnić. Nie zrozumcie mnie źle, kocham podróżować, pisać też ubóstwiam o czym nie muszę nikogo przekonywać, ale połączenie tych dwóch czynności idzie mi z wielką trudnością. Nie ma między nimi chemii i mam wrażenie, że we wpisach łatwo to wyczuć. Frank Zappa powiedział kiedyś, że pisanie na temat muzyki to jak tańczenie na temat architektury. A ja mam nieustanne wrażenie, że właśnie przed Wami tańczę (i to bardzo niezdarnie) o podróżach. Nie mniej jednak obiecałam sobie wychodzić poza strefę komfortu dlatego dziś zaproszę Was na relację z Pragi. Po takim wstępie, aż chce się czytać, prawda? Mimo wszystko przebrnęliście przez te klika postów podróżniczych, więc dajcie mi szansę i tym razem. 

Z Pragą nie mogłam porozumieć się już na wstępie. Była umowa, że sierpniowy weekend spędzamy w moim ukochanym Wiedniu, ale kiedy reszta rodziny wytoczyła działa, z serii "Pragi jeszcze nie widziałaś" zabrakło mi kontrargumentów i z bólem (podkreślam, z bólem!) serca odpuściłam. Dzień wyjazdu przypadł na środę popołudniu toteż do stolicy Czech przybyliśmy późnym wieczorem. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc wszystko przybrało ciemniejszych barw. A kiedy zaparkowaliśmy pod hotelem modliłam się w myślach by był to tylko błąd systemu nawigacyjnego. Niestety, nic takiego się nie stało. Trzeba Wam bowiem wiedzieć drodzy czytelnicy, że rezerwując nocleg na ostatnią chwilę łatwo przeoczyć kilka znaczących szczegółów. Po pierwsze w hotelu nie było klimatyzacji, a każdy kto mieszka na poddaszu (taki akurat trafił się nam pokój), wie co znaczą prawdziwe upały. Nie skłamię pisząc, że momentami dorabiałam się porządnych zawrotów głowy. Ale to jeszcze nic! Hotel znajdował się bowiem w dzielnicy Żiżkov, która jak się okazało dzień przed wyjazdem porównywana jest do paryskiego Montmarte, nowojorskiego Bronxu bądź warszawskiej Pragii. I choć w tym momencie powinnam wylać wszystkie pomyje, po cichu przyznam się, że to właśnie ta część Pragi skradła moje serce. 


Żiżkov potocznie nazywany jest dzielnicą szaleńców i artystów co już połechtało mą artystyczną duszę.  Miejsce to powstało pod koniec XIX w. i zaczęło stanowić siedzibę robotników i biedoty. Chowali się tu także szaleni i niechcący podporządkować się władzy artyści. Do 1922 roku Żiżkov stanowił osobne miasto, ale wraz z upływem wspomnianego roku został włączony do Pragi. Nadal jednak mówi się o nim jak o wolnym duchu miasta. Nie mniej jednak nie zachodziliśmy w jego ciemniejsze strony, aby nie przekonać się na własnej skórze czy przytoczone porównania są prawdziwe.

Prawdziwe zwiedzanie rozpoczęliśmy jednak dzień później. Jednym z niewielu plusów hotelu był fakt, że znajdował się on dosłownie kilka metrów od przystanku. Tramwaj z numerem dziewięć jadący do centru miasta przyjeżdżał co parę minut toteż nie trzeba było sprężać się na konkretną godzinę. Naszym pierwszym przystankiem okazał się Plac Wacława czyli miejsce gdzie najbardziej tętni życie tubylców. Znajdują się tu liczne kluby, dyskoteki i restauracje. Chwilę drogi od przystanku powitał nas ogromny budynek przypominający mi drezdeński Zwinger, który okazał się być Muzeum Narodowym. Przed gmachem stoi oczywiście słynny jeździec - pomnik Św Wacława co zaważywszy na nazwę placu jest całkiem logiczne. Całość nieustanie przywodziła mi na myśl  Ołtarz Ojczyzny w Rzymie tzw. maszynę do pisania. Prawdę mówiąc plac mocno mnie rozczarował i właściwie tylko fakt, że był on światkiem Aksamitnej Rewolucji czyni go wyjątkowym.


W dalszą podróż ruszyliśmy już na piechotę, co zważywszy na fakt jakie buty wybrałam okazało się nie najlepszym pomysłem. Podczas zwiedzania Monaco przekonałam się na własnej skórze, że lordsy potrafią zgotować stopom prawdziwy koszmar, ale sądziłam, że przez ten czas zdążyły się już rozchodzić. Niestety szybko i dotkliwie przekonałam się, że jednak nie. Zaciskając zęby starałam się nie myśleć o bólu, co okazało się naprawdę niełatwym zadaniem.



Już na wstępie wspomniałam, że nie do końca satysfakcjonował mnie wybór Pragi, ale z czasem coraz bardziej zaczęłam się przekonywać do tego miasta. Oczywiście miał w tym swój udział internet, gdzie oglądałam zdjęcia stolicy Czech. Na nich wydawała się naprawdę piękna i tajemnicza, więc na zwiedzanie ruszyłam w dobrym humorze (pomijając incydent z butami). Jakież było moje zdziwienie, gdy główny plac okryty pokładami turystów, tak bardzo różnił się od internetowych fotografii.  Przyznaję, że momentami zastanawiałam się czy aby na pewno oglądałam zdjęcia z Pragi. Sytuacje ratowali jednak starsi panowie grywający czeską muzykę i mężczyzna puszczający bańki mydlane. W tym momencie Praga nabrała naprawdę dekadenckich wymiarów.


Kolejnym punktem naszej trasy był słynny Most Karola, podobno jeden z najpiękniejszych, średniowiecznych zabytków w Europie. Kiedyś odbywały się na nim turnieje rycerskie, stanowił także miejsce wymian kupieckich. Podobno w XVII przy okazji niesnasek religijnych na mostowej bramie powieszono dwanaście głów przywódców protestanckich, które miały stanowić przestrogę dla reszty społeczeństwa. Mieszkańcy i przyjezdni byli zmuszeni oglądać je przez dziesięć  kolejnych lat. Dziś most jest znacznie przyjaźniejszym miejscem, a jako, że uważa się go za znak rozpoznawalny Pragi nie może opędzić się od turystów.




Przyznaję, że nawet takiej malkontentce jak mi ciężko było oprzeć się cudnym widokom jakie rozpościerały się z Mostu Karola.  Zwłaszcza tym, które możecie zobaczyć poniżej.



Na moście upał dawał się we znaki. Na szczęście po jego drugiej stronie można zaleźć liczne sklepy z napojami. Po takiej przechadzce w jedną stronę opędzlowałam pół litra wody na raz, a takie rzeczy na ogół mi się nie zdarzają. Zmęczeni po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że już mamy dość i powrót do hotelu wydawał się wręcz wskazany. Udaliśmy się więc na praską stację metra by dostać się na nasz poczciwy Żiżkov. Dopiero, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi odważyliśmy się wyściubić nos z hotelu.


Naszym ostatnim celem tego dnia były słynne, tańczące domy nazywane pieszczotliwie Ginger i Fred od imion znanych tancerzy Ginger Rogers i Freda Astaire. Budynki są dziełem amerykańskiego architekta Franka Gehry'ego i już od pierwszych chwil istnienia wzbudzały sporo kontrowersji bowiem ich ekstrawagancja gryzie się ze średniowiecznym charakterem Pragi. Osobiście nie uważam tańczących domów za koszmar architektury aczkolwiek podzielam opinie osób twierdzących, że nie pasują one do krajobrazu miasta.


W Pradze byliśmy całe trzy dni, drugi spędziliśmy w cudnej dzielnicy Hradczany, o której opowiem Wam w osobnym poście. Według mnie dwa dni spokojnie wystarczają na pobieżne zwiedzenie miasta, dlatego wykończeni już trzeciego kręciliśmy się po znanych sobie okolicach.




Rano zawitaliśmy jednak w dość oryginalne miejsce jakim jest wzgórze Petrin. Oczywiście można wdrapać się na nie samodzielnie  aczkolwiek zdecydowana większość korzysta z kolejki linowej, która kursuje mniej więcej co dziesięć minut. Nie jestem pewna ile kosztuje pojedynczy wjazd, osobiście posiadłam trzydniowy bilet, który upoważnia do wielorazowego przejazdu różnymi środkami transportu (tramwaj, metro, autobus itd.) również tę kolejką. Cena takiego biletu to 310 koron.


Co takiego wyjątkowego jest we wspomnianym wzgórzu? To na pewno cudowny teren do długich spacerów jednak nam najbardziej zależało na zobaczeniu wieży widokowej - Rozhledna, która kształtem przypomina wieżę Eiffla i najpewniej jest jej kopią zważywszy na fakt, że wybudowano ją dwa lata po pojawieniu się oryginału. Oczywiście Rozhledna jest znacznie mniejsza i mówiąc wprost brzydsza, ale myślę, że naprawdę warto ją zobaczyć. A już na pewno skorzystać z jej tarasu widokowego. Taka przyjemność kosztuje 120 koron od osoby (wejście po schodach), jeśli jednak jesteście równie leniwi jak my zawsze można dokupić opcję wjazdu windą, której to cena wynosi 60 koron również od osoby (w obie strony). Jest to na pewno niewątpliwa wygoda. Widoki z góry zapierają dech w piersiach i ominięcie tej atrakcji uważam za ogromną stratę.



Trudno jest wystawić Pradze jednoznaczną ocenę. Były miejsca, którym udało się skraść moje serce aczkolwiek zdecydowana większość mnie rozczarowała i raczej nie myślę o powrocie do tego miasta. Z tego o czym pisałam dzisiaj najbardziej podobała mi się wieża widokowa, ale patrząc na cały wyjazd z uśmiechem wspominam atrakcje Hradczan o czym jak zapowiedziałam opowiem już niedługo.

......................................................................................................


A jak Tobie podoba się Praga? 

Fotografia we wpisie: kolekcja własna




You Might Also Like

17 komentarze

  1. Uwielbiam Pragę, a powieść "Nieznośna lekkość bytu" na zawsze już chyba będzie dla mnie pierwszym z nią skojarzeniem. Rzecz jasna, nie każdy musi podzielać opinię Milana Kundery, że to "najpiękniejsze miasto świata", więc doskonale rozumiem Twój sceptycyzm. Stanowczo jednak muszę zaprotestować przeciwko nazywaniu Mostu Karola "osławionym".

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdjęcia. Ja mam do Pragi ok. 2 godzin ale nigdy nie wybrałam się na jej zwiedzanie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie! :D Ja również czuję dumę po skończeniu każdej relacji z podróży, bo wiem ile mnie to "kosztowało" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się to wprowadzenia do posta! :D Sama mam podobne odczucia czasami. Zwłaszcza mam problem z wyborem zdjęć. Twoje bardzo mi się podobają.

    OdpowiedzUsuń
  5. ładne zdjęcia :) ale masz długie włosy;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne widoki :) Bardzo podoba mi się Twój kombinezon.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podoba mi się Twój opis i nie wyczuwam, że został napisany z poczucia przyzwoitości. Bardzo ładne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Praga- marzy mi się. Kto wie, może w tym roku dopnę swego i pojedziemy ją zwiedzić np. w weekend majowy. :)

    P.S cudny kombinezon!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawy wpis, ciekawe zdjęcia :)
    Do Pragi wybierałam sie już kilka razy jednak zawsze coś mi przeszkodziło i w rezultacie jeszcze nie zobaczyłam tego pięknego miasta. W tym roku juz muszę koniecznie ją zwiedzić.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)

      Wiele osób sobie chwali Pragę i pewnie jestem jednym z nielicznych malkontentów także bardzo polecam przywieść własne wrażenia :)

      Usuń
  10. Pięknie piszesz, nie wiem co marudzisz :) Byłam w Pradze raz, miałam z 10 lat i pamiętam tylko hot doga z kiełbaską, że była zima i było bardzo ciepło i że miałam paskudną kurtkę- ale to ze zdjęć. Pojechałabym tam jeszcze raz, ale raczej pozwiedzać pradzkie(??) kluby :> Taka ze mnie turystka :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja mam niesamowity sentyment do Czech, Czechów i wszystkiego, co czeskie. Takie małe zboczenie. ;-) I choć preferuję inne zakątki tego pięknego kraju, to jednak trzeba przyznać, że Praga ma niesamowity klimat i zdecydowanie jest warta odwiedzenia... :-) Piękne fotki! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja się chcę wybrać, może w tym roku? Przepiękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Naprawdę nie można publikować takich zdjęć, kiedy na zewnątrz jest tak zimno ;(

    OdpowiedzUsuń
  14. Byłam raz w Pradze i to było naprawdę daaawno temu i z tego, co pamiętam to to miasto bardzo mi się podobało i chciałabym zobaczyć je jeszcze raz, w szczególności byłam pod wrażeniem mostu Karola. Co do Twojej recenzji Pragi to bardzo miło mi się ją czytało,szczególnie, że urozmaiciłaś ją o mnóstwo ciekawostek historycznych :)

    http://crafty-zone.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo chciałabym kiedyś zwiedzić to miejsce <3 melodylaniella.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Twoja wypowiedź to bardzo istotna część tej strony, śmiało dodaj coś od siebie :))

zBLOGowani.pl

Subscribe