WEEKEND Z POD ZNAKU DNIA MATKI W WARSZAWIE

09:00


Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie Warszawę miałam okazję odwiedzić kilkakrotnie. Mój pierwszy raz wypadł kilka miesięcy po dziesiątych urodzinach. To był czas kiedy jeszcze nosiłam grzywkę, a gruby brązowy sweter, w którym paradowałam po stolicy uważałam za prawdziwy krzyk mody. W 2008 roku miasto nie było usiane tyloma wieżowcami co dziś, w ogóle daleko mu było do metropolii jaką stanowi obecnie. Panował chłodny wrzesień,  jesienną chandrę czuć było w powietrzu na kilometr… słowem Warszawa zupełnie nie przypadła mi do gustu. Powróciłam do niej dopiero po czterech latach, przy okazji szkolnej wycieczki, która odbyła się podczas gdy ja byłam w pierwszej klasie gimnazjum. Warszawę z 2012 roku zapamiętałam chyba jeszcze gorzej niż podczas pierwszej wizyty. Dla odmiany w mieście panował upał, ja byłam totalnie padnięta całodziennym zwiedzaniem, a na domiar złego, dwie koleżanki były w stanie poważnej waśni przez co pełniłam rolę mediatora usiłującego ogarnąć fochy dziewcząt - parszywa robota . Warszawa znów nie zapunktowała. Tak, więc któż mógłby się spodziewać, że oto ja stolicowy malkontent na stare lata zostanę warszawoholiczką… No cóż nienawiść od miłości dzieli niezwykle cienka granica, "mniej więcej grubości szala" jak mawiała Rachel Green z kultowych Przyjaciół


Ja i stolica postanowiłyśmy pogodzić się w marcu 2017 roku, kiedy to przybyłam na finał Ogólnopolskiej Olimpiady Wiedzy o Mediach (więcej o tym wydarzeniu wspomniałam tutaj). Nagle warszawski czar wymościł sobie w moim sercu całkiem pokaźne gniazdko… Trzy dni wystarczyły bym mogła śpiewać za Muńkiem Staszczykiem: "I kocham to miasto zmęczone jak ja". Do tej pory wspominam krótki spacer z Krakowskiego Przedmieścia na Żoliborz (akurat słońce chyliło się ku zachodowi… jak romantycznie) kiedy uświadomiłam sobie, że w Warszawie czuję się jak u siebie. Ba, prawie dokonałam zdrady na rodzinnym Wrocławiu kiedy szukając jakiegoś punktu w swoim mieście odruchowo wpisałam w wyszukiwarkę Warszawa… (Do tej pory mam wrażenie, że nasz wrocławski Skytower krzywo na mnie patrzy) Nic więc dziwnego, że szykowałam się do rychłego powrotu w stronę stolicy, a że Ryanair uczynnie podsunął bilet w obie strony w cenie około czterdziestu złotych z wylotem w dzień matki, nie było inne opcji jak spędzić babski weekend w Warszawie własnie  z mamą.


Ja i moja mamy to ten rodzaj relacji, który chyba nie do końca pochwala firma sprzedająca środki komarobójcze… Na pewno kojarzycie tę reklamę, w której to matka deklaruje, iż nie jest przyjaciółką swojej córki i będzie dla niej surowa (pozazdrościć marce PR-u). W każdym razie my jesteśmy raczej tym instagramowym modelem rodzic-dziecko jako BFF. Choć oczywiście sam internet nie musiał nas do tego inspirować - bliskie byłyśmy sobie zawsze. Swoją drogą to naprawdę wspaniałe, że ten rodzaj przyjaźni staje się coraz powszechniejszy, a domowa relacja nie musi opierać się na dyscyplinie, buncie i schabowym co niedziele. Korzystajmy z dobroci XXI wieku, zamiast wzdychać do średniowiecza (i tak, dobrze wyczuwacie wieloznaczność tego przytyku).

 Ale do rzeczy. Bilety zamówiłyśmy chwilę po okresie Wielkanocy z przerażeniem orientując się, że wylot przewidziany jest na godzinę 6:50 rano. Ponieważ w ostatni, majowy weekend w Warszawie odbywała się akurat gala KSW, samolot był praktycznie pełen, a "dopchanie" się do własnego miejsca graniczyło z cudem. Tłok przerażał chyba także pana siedzącego kilka rzędów za mną bowiem musztrował jedną z pasażerek, stanowczo sugerując by uważała na jego teczkę (po wydobyciu jej z górnego luku, dokładnie obejrzał swój neseser, ale chyba nie dostrzegł żadnych większych szkód, bo nie zauważyłam więcej wzburzenia). Także mimo wczesnej pory zdarzył się nawet element humorystyczny. Na miejscu byłyśmy o niemoralnie wczesnej porze, nieco niewyspane i wściekle głodne, ale Warsaw to Warsaw - tu takie rzeczy zbytnio nie psują radości.


Zdecydowałyśmy się zatrzymać w hotelu Gromada usytuowanym na Placu Powstańców Warszawy, jakieś 200-300 metru oddalonego od Pałacu Kultury i Nauki. Sam hotel raczej nie powalał i sądzę, że cztery gwiazdki to nieco wygórowana ocena, ale lokalizacja okazała się genialna pod każdym względem, zwłaszcza, że trafił nam się pokój z widokiem na wątpliwy dar narodu radzieckiego.

Po szybkim śniadaniu w postaci sernika z białą czekoladą (ja) i tortu czekoladowego (mama) ruszyłyśmy na podbój stolicy. Punkt pierwszy, to wspomniany już Pałac Kultury, który podobno złośliwi nazywają wigwamem najeźdźcy. Aczkolwiek dla mnie ta budowla ma niebywały urok i zdecydowanie nie wyobrażam sobie Warszawy bez tego znanego wszystkim zabytku.  Co prawda zrezygnowałyśmy z wjazdu na punkt widokowy, ale na spokojnie obeszłyśmy budynek z zewnątrz. Przy okazji napotykałyśmy dwójkę chłopaków, na oko w wieku późno studenckim, którym zebrało się na pozowanie do wspólnych zdjęć z nami i miejską gadkę-szmatkę. Niejednokrotnie słyszałam, że moja mama zdecydowanie nie wygląda na moją mamę, ale przyznaję, że cała sytuacja nieco mnie skonfundowała… zwłaszcza, że dzień później w Łazienkach napotkała nas powtórka z rozrywki, z tym, że w wydaniu innych osobników choć również płci męskiej.


Ustaliłyśmy, że nasze warszawskie wojaże nie będą przypominać turystycznego gnania z wywieszonym językiem. Zważywszy na fakt, że dopiero tydzień wcześniej zakończyłam okres matur wciąż byłam ledwie żywa i miałam ochotę po prostu wypocząć. Wiem, wiem w dużym mieście to mało prawdopodobne, ale wiara czyni cuda.

To co zdecydowanie chciałam zobaczyć podczas pobytu w Warszawie to metropolityczna panorama w okolicach ulicy Złotej. Aktualnie zaczytuję się w książkach Remigiusza Mroza (geniusz kryminału XXI wieku, serio!), a jedna z moich ulubionych serii rozgrywa się właśnie w tych rejonach, chciałam więc nieco  pomóc wyobraźni i przypomnieć sobie jak wygląda Skylight. Muszę przyznać, że nasz mały, warszawski Manhattan prezentuje się naprawdę godnie, zresztą spójrzcie sami.



Wstąpiłyśmy także do Złotych Tarasów aczkolwiek zabrakło nam typowo zakupowego nastroju, który sprzyja polowaniu na naprawdę ciekawe łupy. Już kiedyś miałam okazje odwiedzić to centrum handlowe, ale ponownie stwierdzam, że bardziej odpowiada mi Arkadia przy Alei Jana Pawła II. Podczas ostatniego pobytu w Warszawie kupiłam tam zamszowe kozaki, które marzyły mi się od dwóch lat, niestety wciąż trafiałam na modele nie do końca odpowiadające mojej wizji. Nic więc dziwnego, że mam szczególny sentyment do Arkadii ;)



Na liście miejsc, które zdecydowanie chciałyśmy odwiedzić znalazł się także budynek TVN. Rankiem zanim zabierzemy się za działanie często podglądamy Dzień Dobry TVN do śniadania. Owszem, telewizje śniadaniowe poruszają trywialne, czasem wręcz do przesady głupie tematy (do tej pory wspominam reportaż sprzed kilku laty, w którym z okazji tłustego czwartku zaproszono do studia osoby o nazwisku Pączek aby spytać jak żyje się z takimi danymi osobowymi…), ale bywają także wartościowe i inspirujące tematy np. rozmowa z Nadią Sawczenko na temat walk na Ukrainie, rozważania na temat przyjmowania uchodźców, resocjalizacji więźniów czy świetny, poniedziałkowy reportaż o zawodzie profilera.

Bynajmniej nie zamierzałyśmy podstępnie czyhać na sławne osoby w celu zrobienia im zdjęć, ale przy okazji naszej przechadzki natrafiłyśmy na Marcina Mellera i Jarosława Kuźniara. To zawsze jest śmieszne uczucie kiedy człowiek ma okazje spotkać w rzeczywistości osoby znane ze szklanych ekranów.


Kiedy jestem w innym mieście niż rodzinny Wrocław niechętnie korzystam z komunikacji miejskiej. Wolę pokonywać nawet dziesięcio lub dwudziestokilometrowe dystanse na piechotę gdyż po drodze zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce, które warto odwiedzić i sfotografować. Mimo to postanowiłyśmy zajrzeć na stację warszawskiego metra. Jak sięgam pamięcią tym środkiem transportu przemieszczałam się w Rzymie, Pradze, Wiedniu i Berlinie (choć nie wykluczone, że przypadkowo pominęłam jeszcze jakieś miasto) i muszę przyznać, że warszawskie metro na pierwszy rzut oka wcale nie odstaje od tych zagranicznych. Strasznie żałuję, że we Wrocławiu brakuje takiego środka transportu, ja tam z przyjemnością bym korzystała z takiego dobrodziejstwa techniki. 


Krakowskie Przedmieście to jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie. Z jednej strony ze względu na niesamowity klimat, z drugiej dlatego, że właśnie tam znajduje się Uniwersytet Warszawski, z którym mam bardzo dobre wspomnienia.



Tym razem napotkałam także kamienice, w której mieszkał literacki bohater Bolesława Prusa - słynny Ignacy Rzecki z powieści Lalka. Co prawda nie jestem fanką tej konkretnej lektury, ale Stary Subiekt bardzo mi pomógł podczas pisemnej matury z języka polskiego toteż mam do tej postaci pewien sentyment.


Na naszej wycieczkowej trasie nie mogło również zabraknąć warszawskiego Placu Zamkowego, który urzeka mnie za każdym razem coraz bardziej.



Choć jestem miłośniczką "metropolijnych klimatów" dostrzegam urok również w bocznych uliczkach. Moim skromnym zdaniem to właśnie tego typu miejsca mówią najwięcej o mieście. Kierując się właśnie takimi urokliwymi dróżkami dotarłyśmy do restauracji Gościniec. Odkryłyśmy ją podczas marcowej wizyty w Warszawie, serwują rewelacyjne pierogi. Może nie tak dobre jak tak autorstwa mojej babci aczkolwiek wciąż bardzo smaczne ;)


Daleka jestem od patriotycznych frazesów i nadmiernej czci wobec symboli, jednak wyjątkowo wyczulona na punkcie osób, które oddały swoje życie w obronie ojczyzny. Na poniższym zdjęciu można dostrzec Pomnik Małego Powstańca, który został postawiony ku pamięci najmłodszych ofiar Powstania Warszawskiego z 1944 roku. Muszę przyznać, że niezwykle raziło mnie kiedy turyści pozowali do pamiątkowych zdjęć z pomnikiem... Być może ktoś uzna, że jestem nieco przewrażliwiona, ale przecież przy cmentarnej mogile również nikt nie ustawia się do tzw. "selfie"... a uwierzcie i takich osobników napotkałam przy Pomniku Małego Powstańca.


Drugiego dnia postanowiłyśmy posiłkować się już mapą. Ruszyłyśmy na spacer ulicami Warszawy, a naszym głównym celem miały być Łazienki Królewskie. Nie spieszyłyśmy się specjalnie, zrobiłyśmy krótki postój na Nowym Świecie, który podobnie jak Karkowskie Przedmieście skradł moje serce.


Idąc w stronę Łazienek trafiłyśmy na ulicę Wiejską gdzie znajduje się siedziba Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej. Być może miejsce nie napawa obywateli specjalną dumą, ale wierzcie mi kwiecie wokół budynku robi wrażenie.



Pierwszy raz odwiedziłam Łazienki w 2012 roku z wycieczką szkolną, o której wspominałam na początku wpisu. To był niezwykle przyjemny moment tego wyjazdu, bowiem jako klasa o profilu artystycznym zajmowaliśmy się szkicowaniem poszczególnych obiektów umiejscowionych w Łazienkach, a po kilku godzinach solidnej pracy ruszyliśmy do teatru. Dane było mi obejrzeć musical Metro w Teatrze Buffo z drugiego rzędu... niezapomniane uczucie.

Tym razem Łazienki także mnie nie zawiodły, pomijając fakt, że zmuszona byłam uciekać przed myszką był to naprawdę cudowny spacer. 




Wyjazd do Warszawy uważam za jak najbardziej udany, nie ma to jak babski weekend w cudownym gronie - gorąco zachęcam do pójścia w nasze ślady :) 



......................................................................................................

A jak Tobie podoba się Warszawa?
Fotografie we wpisie: kolekcja własna



You Might Also Like

14 komentarze

  1. Wow! Ile zdjęć :) Super!
    Uwielbiam zwiedzać polskie miasta. Po prostu jest w nich coś magicznego, czego próżno szukać gdziekolwiek na świecie.
    Super jest taka relacja cała w zdjęciach. Bardzo mi się podoba!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcia. Taki wypad to wspaniale spędzony wspólny czas :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem ile już razy obiecywałam sobie, że w końcu porządnie połażę po Warszawie. Na razie nie wyszło.:/

    OdpowiedzUsuń
  4. świetnie spędziłyście czas :) mnie również bardziej podoba się mama w roli najlepszej przyjaciółki niż złego policjanta :P
    piękne zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się Twoja relacja z wypadu do stolicy z mamą (co do której jesteś bardzo podobna, kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcia Twojej mamy to pomyślałam - jak to, Karolina zmieniła kolor włosów? Przecież na pierwszym zdjęciu były brązowe:D), Warszawa to ładne miasto, jakkolwiek wolę Wrocław, ponieważ według mnie jest bardziej klimatyczny (i żeby nie było - nie pochodzę z Wrocławia ;P).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :))
      Haha :D Tak to prawda, zwłaszcza kiedy mamy podobny kolor szminki na ustach, choć chyba do taty jestem jeszcze bardzie podobna :D
      Wrocław jest zdecydowanie bardziej przytulny i nie powiem wciąż kocham to miasto, ale ta Warszawa... :D

      Usuń
  6. Czemu uciekałaś przed myszką? :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Obie dziewczyny piękne, trudno rozróżnić, która matka, która córka...
    Wpisałam komentarz pod postem, którego teraz nie widzę, może mi sie przyśniło?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy jeszcze nie byłam w Warszawie, więc na pewno muszę to nadrobić :) Piękne zdjęcia :)))) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Twoja wypowiedź to bardzo istotna część tej strony, śmiało dodaj coś od siebie :))

zBLOGowani.pl

Subscribe